Odcinek 18

Ludmiła była w skowronkach.
- Tato, przyjechałeś! Nie zostawiłeś mnie!
- Nigdy bym Cię nie zostawił. Przecież wiesz, że Cię kocham!
- Tak, wiem. Tak się cieszę, że tu jesteś ze mną.
- I powiem Ci coś lepszego.
- Co?
- Zostanę tu już na zawsze...
- Co? Ale jak to? A co z Twoją pracą w Afryce?
- Ty jesteś ważniejsza.
- Jesteś niesamowity, ale czy nie będzie Ci tego brakowało?
- Owszem będzie, ale przy Tobie szybko o tym zapomnę.
Potem się znowu przytulili.
*****
Angie jeszcze spała. German wszedł do ich pokoju ze śniadaniem.
- Pora wstawać...
- German? Ooo, zrobiłeś nam śniadanie, jak miło.
- Nie, zrobiłem je dla Ciebie.
- Uuu...no proszę. Dziękuję, hahaha.
- Ależ nie ma za co. Lubię patrzeć na Twój uśmiech. Wtedy od razu widać jak tryskasz radością.
- Przy Tobie na pewno.
- Moja kochana - zaczął jej gładzić brzuch.
- Tato, ja wychodzę - oznajmiła Viola, która była bardzo odstawiona.
- Dokąd idziesz tak ładnie ubrana?
- A jak myślisz?
- Do Leóna? - spytała Angie.
- Głupie pytanie!
- No już dobra, ale czemu tak wcześnie?
- Bo się umówiliśmy w parku. To ja spadam, na razie.
- Czekaj, czekaj, czekaj! O której wrócisz?
- Na obiad.
- Dobrze, to idź. Tylko nie zapomnij o nas.
- Tato...
- Dobrze, już Cię nie zatrzymuje, no idź...eh...nastolatki.
- German, daj jej więcej swobody.
- Już jej ma za dużo.
- Nie przesadzaj, lepiej mnie przytul.
- Ohoho, jakie żądanie.
- Hahaha, umiem być zaborcza. Nie moja wina.
- No wiem. Widać.
*****
Francesca i Cami wyszły do parku.
- Dzisiaj jest taka genialna pogoda na opalanie! - powiedziała Fran.
- Nie za dużo Ci słoneczko już dogrzało?
- O co ci chodzi? Chcę chociaż przez chwilę zapomnieć o wiesz o kim.
- O Diego...
- Nie wypowiadaj tego imienia!
- Dobra, tylko mnie nie bij.
- Cami! - krzyknął Pedro z daleka.
- A to kto?
- To Pedro. Chodzę z nim ba wykłady.
- Aaaa, to o nim mi mówiłaś.
- Tak, przez niego Brodwey ze mną zerwał, ale Pedro nie jest niczego winnien i ja też nie. To było zwyczajnie po przyjacielsku nie moja wina, że on tak to odebrał. Dobra a teraz cicho...O hej Pedro!
- Cześć, miło mi - Podał rękę Fran.
- Ooo, mi również. Fran.
- Co tu robicie?
- Spacerujemy, plotkujemy, wiesz takie tam babskie sprawy.
- Słyszałem, że Brodwey z Tobą zerwał.
- Skąd?
- Obiło mi się o uszy.
- Ta, ale nie chcę o tym mówić.
- Ok, nie, to nie.
- Nie obraź się, to świeży temat i bardzo bolesny.
- Gdyby był taki bolesny, to byś się nie spotykała z nią.
- Czemu?
- Myślałem, że się zaszyjesz w łzach.
- Nie, aż tak to nie mogę. Nie popadajmy w paranoje.
- Może przejdziemy się razem?
- Ja muszę coś załatwić, to idźcie sami.
- Co? Francesca...
- Pa...
- Fran! Co za kobieta...
- O co jej chodziło?
- Nie ważne, haha.
- Ok, to chodźmy.
*****
Olga przyrządzała obiad.
- Co tu moja droga kobieta przyrządza?
- Ah, Ramallo. Twoje ulubione danie. Spagetthi i jeszcze będzie zupa gambo.
- Daj, pomogę Ci.
- Nie, kochanienki. Sama sobie dam radę.
- Ale ja chcę Ci pomóc, no daj tą łyżkę.
- Nie, Ramallo. Naprawdę nie trzeba.
- Ale Olga, no proszę Cię.
- Nie, Ramallo, zostaw łyżkę! - Wtem Olgi pierścionek wpadł do zupy.
- Ramallo! Co Pan zrobił?! Mój pierścionek!
- Olga, ja nie chciałem. Tak Cię przepraszam!
- I co ja teraz zrobię?! Jak ja go znajdę!?
- Olga, nie płacz. Wyciągniemy go łyżką, albo przelejemy przez sitko.
- Przez sitko tak?! A widział Pan w tej zupie tylko wodę?!
- No nie...
- No właśnie, tak się namęczyłam z tą zupą. A teraz co?! Wszystko do wylania?!
- No dobrze, to coś wymyślimy...
*****
Violetta spotkała się z Leónem przy ławce z widokiem na jezioro.
- Cześć skarbie - Dał jej buziaka w policzek.
- Hej, León. Jak się masz?
- Dobrze, już znacznie lepiej.
- Wiesz, że się martwiłam całą noc?
- Ojoj. Moja kochana. Dziękuję, ale naprawdę nie było potrzeby.
- Zawsze jest, hahaha.
- Uwielbiam Cię.
- A ja Ciebie.
- Mam dla Ciebie niespodziankę. Chodź, zaprowadzę Cię.
- Czyżby nowe miejsce?
- Zgadza się - I jej zakrył oczy.
*****
Camila gadała z Pedro.
- Mogę Cię o coś zapytać? - spytał.
- Tak, pewnie.
- Będziesz chciała wrócić do niego?
- Jakiego niego?
- No do Brodweya.
- To chyba oczywiste...
- Ale przecież niesprawiedliwie Cię osądził.
- No wiem, ale w miłości się powinno wybaczać...
- Tak, ale czasami trzeba odpuścić - I złapał ją za ręce.
Wtedy Brodwey to zobaczył.
- A więc, to taki z Ciebie krętacz! - wtrącił się.
- O co ci chodzi?!
- Kręcisz z dwoma naraz! Camila nie ufaj mu.
- O czym on mówi?
- Nie wiem, odbiło mu.
- Nie wiesz?! Widziałem Cię wczoraj z blondyneczką. Jesteś okropny. Jak możesz to robić za jej plecami?!
- Co?!
- Brodwey, my nie jesteśmy razem, a jak ma kogoś na oku, to chyba dobrze.
- Ale ja...
- Ty się nawet nie tłumacz! - krzyknął Brodwey.
- Brodwey, skończ odstawiać sceny!
- Ale taka jest prawda nie wierzysz mi?! On by najchętniej miał dwie. Kobieciarz!
- Spadaj już lepiej czarnuchu.
- Ej, przestańcie! Dosyć. Co to ma być?! Jeszcze przy mnie się kłócić?! Jak śmiecie?!
- Dobra, przepraszamy, ona ma racje.
- Ja idę do domu.
- Ale Cami...
- Nie!
- Widzisz co zrobiłeś to Twoja wina! Przez Ciebie poszła! - nie dawał za wygraną Brodwey.
- Jasne, właśnie, że Twoja.
- Wiesz co? To bez sensu. Idę do domu. Nie będę tracił przy kujonie czasu. Nara.
*****
Ramallo i Olga próbowali wyciągnąć pierścionek.
- Jeszcze odrobinę. Prawie go masz...
- No nie, znowu spadł na dno! - krzyknął Ramallo.
- Co wy robicie? - spytała Angie.
- No bo pierścinek spadł mi do zupy!
- Co?! Ten rubinowy?
- Tak, mój zaręczynowy.
- Moim zdaniem trzeba urzyć sitka.
- I całą zupe na marne...
- Niekoniecznie...Damy Santosowi - Angie wylała przez sitko i odzyskali pierścionek.
- Mój pierścionek! Dziękuję Ci Angie. Santos! Piesku! Mamy coś dla Ciebie.
Pies przybiegł, merdając ogonem. Potem mu nalali do miski resztki zupy.
- A teraz Ramallo, robisz całą zupę za kare.
- Co? Ja? Ale ja nie umiem gotować.
- To Cię nauczę.
- No dobrze.
*****
Leonetta doszła do magicznego miejsca.
- Kiedy mogę otworzyć oczy?
- Już.


- León...brak mi słów. To miejsce jest magiczne...
- Tak samo jak nasza więź?
- Tak, dokładnie.
- Podejdźmy bliżej.
- Ok.
Potem zaczęli śpiewać swoją nową piosenkę. I na końcu się pocałowali.
*****
Diego poszedł odwiedzić swojego ojca.
- Cześć tato.
- Diego? Co ty tutaj robisz?
- Tato, rozstałem się z Francescą.
- Jak to? Co się stało?
- Zerwała ze mną przez pewną sprawę...
- Jaką sprawę?
- Nie ważne, ważne jest teraz to, że...
- Właśnie, że ważne.
- Tato, nie powinieneś się w to wtrącać.
- No dobrze, ale chciałem Ci tylko pomóc.
- Chyba mam plan jak ją odzyskać.
- Jaki?
- Dowiesz się niebawem...
- Ok. powiedz mi czy dzwoniła do Ciebie mama?
- Tak.
- Pytała się o mnie?
- Ostatni czasy tak.
- I co jej powiedziałeś?
- Nic szczególnego.
- Jak to nic szczególnego?! Co ty sobie wyobrażasz mówić coś za moimi plecami do niej?!
- Aaa. już rozumiem, ty za nią tęsknisz - palnął głupkowaty uśmieszek.
- Co?! Ja?! Nie prawda. Wyjdź stąd! Idź na pole, bo chyba Ci się ulotnił umysł i powinieneś go szukać...
- Jasne...Dobrze, tak jest, Już idę.
- He, ta dzisiejsza młodzież mnie do szału kiedyś doprowadzi...
*****
Violetta jadła obiad, gdy nagle dostała telefon.
- Kto dzwoni? - spytał German.
- Nie wiem, to numer prywatny.
- To odbierz, może to coś ważnego - dodała Angie.
- Halo?
- Cześć, czy mam przyjemność rozmawiać z Violettą Castillo?
- Tak, a kto mówi?
- Jestem producentem, który ma zamiar poprowadzić dalej Twoją karierę. Czy zgadzasz się na spotkanie ze mną w sprawie kontraktu jutro po południu o 15:00 na adres, który wyślę ci emailem?
- Czy Pan proponuje mi wydanie płyty?
- Jak najbardziej własnie w tych celach dzwonię.
- Naprawdę nie wiem co powiedzieć. Jestem zaskoczona!
- Twoją odpowiedź chyba zostawisz na piśmie, prawda?
- Tak, bardzo dziękuję. Przyjdę jutro.
- Dobrze, to w takim razie do zobaczenia.
- Tato, Angie, nie mogę w to uwierzyć!
- Brawo Violu, to wspaniale!
- Pójdziemy tam z Ramallo. Trzeba będzie przeanalizować kontrakt.
- Dobrze, ja idę zadzwonić do Leona i do Fran i do Camili i do wszystkich muszę im o tym powiedzieć! 
- Tylko się nie przewróć na schodach - dodał German.
- Tato!
- To tylko w ramach troski...
- Chyba nadopiekuńczości!
- Już nie neguj, tylko idź na górę.
- Ok, to idę. Na, na, na, na, na, na...
*****
Gregorio siedział w swoim biurze w ,,Art Rebel".
Wtem ktoś zapukał.
- Prosze! - Nadal nikt nie wchodził.
- Jak głośno mogę krzyczeć?! Już otwieram! - Podszedł i otworzył z zamachem drzwi.
- Cześć Gregorio...
- Indila?!

Jak sądzicie kim jest ta cała Indila?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odcinek 27

Odcinek 4